GIRO D'ITALIA - WŁOCHY dzień 25

MACARI - CASTELLUZZO - CUSTONACI - SANT ANDREA - VALDERICE - ERICE - TRAPANI - NUBIA - MARSALA

 


TRASA 100km  - MAPA
Jemy śniadanko, obijamy się. Idziemy na spacer, rozglądamy się po okolicy w dziennym świetle. Mimo, że wygląda teraz inaczej niż wieczorem nadal nam się podoba. Pojawia się ciuchcia – póki co pusta, ale wygląda na to, że niedługo będzie wozić plażowiczów. Żegnamy się z sympatycznymi Czechami. Chcą zostać tu jeszcze jeden dzień (mają zdecydowanie więcej czasu).










 
Przy wjeździe ponownie na parking mijamy zastawioną drogę. Chyba faktycznie dalej nie powinno się wjeżdżać. Wieczorem było pełno aut przy plaży, teraz wszyscy grzecznie stawiają tu i spacerkiem idą w stronę plaży, a my jedziemy znowu w kierunku wczorajszych postrzępionych skał, bardzo się nam tam spodobało. Dzisiaj wieje tu jakby jeszcze mocniej – dobrze, że schroniliśmy się na noc w zatoczce.
















Dopiero w drodze powrotnej zauważamy co wiatr wczoraj na szybach nam narozrabiał ;)  Na naszej plaże też jakby pustki – camperów już nie ma. Jedziemy  tą samą drogą – innej nie ma. Po drodze zakupy i kolejna wspinaczka w ciekawe miejsce.


 

  



Powoli zostaje za nami półwysep, ale roztacza się też widok na kolejną górę Monte San Giuliano. Trochę wysokości ma  (ponad 750m), ale i tak na nią wjedziemy. W Sant Andrea skręcamy na Valderice. Podjazd nie jest jakiś forsowny, ale znowu trzeba uważać na gps – on swoje my swoje i jakoś omijając wąskie strome uliczki docieramy do miasteczka. Do tej pory jechało się fajnie – teraz czeka nas poważny podjazd do Erice. Przewodnik poleca od północnej strony i ma rację. Droga jest naprawdę panoramiczna, a my z każdym metrem wspinamy się wyżej i wyżej. Trochę zakosów i po kilku kilometrach stajemy u wrót miasta. Gdy docieramy do linii drzew na zakręcie po lewej stronie jest znak parkingu (38.04154, 12.58714) dla camperów i autobusów 1.5E/h płatny 15.06-15.09. Automat jest tylko jeden mniej więcej w połowie drogi. Bierzemy bilet i podjeżdżamy sobie praktycznie pod samo wejście. 







Uzbrojeni w wodę (przyda się) i aparaty przekraczamy mury miasta. Po prawej stronie są schodki, którymi będziemy wracać, ale póki co po lewej mamy kościół i pod nim pierwszą tablice informacyjną – potem spotkamy ich naprawdę wiele. Ze wzgórza rozciąga się szeroka panorama na dolinę, półwysep i morze. Podobno przy dobrej widoczności można stąd dostrzec Etnę, ale nawet jeśli się nie uda i tak widoki zapierają dech w piersiach.










W części miasteczko otoczone jest murami obronnymi. Uliczki są wąskie, bardzo strome z wyślizganymi brukiem (trzeba uważać). Większość z nich jednokierunkowa i bardziej nadaje się pod skutery niż samochody, które naprawdę należą tu do rzadkości. Zaglądamy do kościołów, domów, na podwórka.



Tak najchętniej to robilibyśmy zdjęcia tu na okrągło – niestety ogranicza nas pojemność kart w aparacie. W którąkolwiek obrócić się stronę zawsze znajdziemy jakiś ciekawy motyw do uchwycenia. Tak naprawdę w Erice można cofnąć się w czasie. Średniowieczne mury otaczające miasto, jego położenie na wysokiej górze wyrastającej nagle z nad morza sprawiają, że miejsce ma w sobie to coś.
 



Idziemy wzdłuż jednego boku trójkąta sprawdzając w każdym z zaułków co w nim piszczy. Niektóre z nich są ślepe prowadząc do domów lub hoteli w innych przycupnęły maleńkie knajpki. Ciągle w górę i w górę – ruch na ulicach robi się coraz większy – jesteśmy już na trasie turystycznej od drugiej bramy w stronę zamku. Oczywiście spotykamy także polską wycieczkę autokarową – widywaliśmy ich jeszcze kilka razy na Sycylii. Pod zamkiem gwarno, gra muzyka, świat się kręci.





Z góry kolejne panoramy zarówno na Monte CoFani, mieniące się różnymi kolorami saliny koło Trapani  oraz Egady, które prezentują się nam w pełnej krasie (Favignana,  Marettimo i Levanzo). Podobno słyną z pięknych plaż i cudownie turkusowego morza, a zachód słońca nad nimi należy do jednym z piękniejszych na Sycylii. Spoglądamy też w głąb lądu – góry, doliny, jeziora – warto było się tu wdrapywać.







Ooo co za spotkanie – znajomi Czesi także tu zawitali. Okazuje się, że obsługa kolejki jeżdżącej wzdłuż plaży zasugerowała im, żeby lepiej w ciągu dnia tam na zakazie nie stać, a przynajmniej nie na początku plaży (dalej wzdłuż plaży prowadzi droga). Rozmawiamy chwilę i ponownie się, żegnamy – może kiedyś się spotkamy znowu:) Kolejnym bokiem trójkąta (w kierunku Porta Trapani – parking dla osobówek) mijamy ogród, fontannę, kolejne ruchliwe uliczki, stragany, cafejki, ludzie nie próżnują – korzystają z uroków miasta.














I nagle cisza. Odbiliśmy w bok by wrócić do samochodu przez tą samą bramę, którą wchodziliśmy. Żywego ducha. Pusto, Czasem w domach słychać rozmowy i śmiech dzieci – czy to to samo miasto co 5 minut temu? 












Po wyjechaniu z parkingu skręcamy w lewo – kilkaset metrów i jesteśmy pod drugim parkingiem – yyyy to chyba nie tędy. Wracamy kawałek – pisze Trapani więc skręcamy. Jedyne co nas lekko zaniepokoiło to znak zakazu wjazdu ciężarówkami powyżej 6m. Ale co tam droga fajna, wzdłuż początkowo stoją samochody, kręci się trochę naganiaczy, ale nie są namolni. Zjeżdżamy. I muszę przyznać, że większym samochodem można się czasem nie złożyć na serpentynach (istnieje jeszcze jedna opcja zjazdu do miasta – trzeba się cofnąć z kilometr tą samą drogą, którą podjeżdżaliśmy i na rozwidleniu skręcić w lewo). Dla bardzo leniwych z Trapani jest kolejka, którą od czasu do czasu widać podczas zjazdu. Wykorzystują ją głównie mieszkańcy, bo zarówno dojazd na wzgórze – w sumie górę, jak  jazda po mieście to pewnie jedno z ciekawszych przeżyć , choć z drugiej strony to pewnie przyzwyczajeni do tego są. W każdym razie na drodze udało nam się nawet minąć jakiś samochód, zanim stoczyliśmy się ze wzgórza. Podczas zjazdu coraz wyraźniej roztacza się przed nami Trapani i pobliskie saliny.




Żeby dostać się do starego miasta położonego na wysuniętym w morze cyplu, trzeba przejechać przez ruchliwe główne ulice. Tradycyjne poszukiwanie parkingu – jedyne wolne miejsca to okolice portu. Miejsce owszem jest, ale w ciągu kilku chwil mamy kilku „oglądaczy” samochodu przeróżnej narodowości. Może jedynie rzucają okiem, jednak nie decydujemy się w takiej sytuacji na dłuższy spacer – zostaję w samochodzie.













Ponieważ nie udało nam się pochodzić po starówce – przejeżdżamy tzw. jedyną główną w okolicy (nie polecam camperom – trochę niskie te balkony) i jedziemy poszukać soli.









Kilka kilometrów za miastem zaczynają się saliny produkujące sól w starożytności, a w XIX tutejsza sól eksportowano do Norwegii. Od czasu do czasu w zasięgu wzroku wyrasta wiatrak lub usypana większa kupka soli. W zależności od zasolenia wody mają różne kolory (dobrze widoczne z Erice), ale z dołu tez można to zobaczyć. Biel soli aż parzy w oczy, błękit wody zaś ukaja wzrok. Ale co to? Różowe – aaa to flamingi, które stanowią tu jedną z atrakcji.

















Najpierw trafiamy do Nubii – gdzie znajduje się muzeum solnictwa. Nas jednak tak zafrapowali robotnicy pracujący przy soli, że już tam nie dojechaliśmy – sprawdziliśmy w praktyce jak oni to robią – co tam obrazki :)
 











Koło Nubii jest Torre – wiedzeni nutką przygody zapuszczamy się w jedyna uliczkę w tej wiosce docierając do nabrzeża. Stoją tu już campery. Są wędkarze i jest on – wiatr – głowę urywa, ale od spaceru nas nie odwiedzie.












 Widać, ze i tu ruch wre w najlepsze – gotowe paczki przygotowane do transportu i morze soli dookoła – choć jakoś tak inaczej niż na Krymie ;)






Oczywiście czystym przypadkiem trafiamy do mekki kitesurferów w Birgi Vecchi (37.891067,12.47089) – po prostu szukaliśmy dostępu do plaży :) Droga do miejscowości jest ok, ale w samej wiosce polecam trzymać się jedynie głównej. Myśmy dojechali do morza – zobaczyliśmy stojące nieopodal campery to staraliśmy się tam dostać – mina osób, którym przejeżdżaliśmy przez podwórka nie do zapomnienia. Droga kręci się pomiędzy domami mniej więcej co 50 m zmieniając kierunek – czasami ciut szersza niż samochód. Ostatecznie skończyło się na dojeździe szutrową drogą do camperów. Jest tam powiedzmy parking – z rozmowy wynikało, że to teren prywatny – w dzień można stać w nocy trzeba by właściciela zapytać – tylko trzeba go zlokalizować.










Ale dosłownie 3km stamtąd jest AdS w Village San Teodoro – Navi Club (37.909855,12.460874) Postanowiliśmy sprawdzić to miejsce. Miła obsługa z uśmiechem na ustach informuje, że teraz jest posezonowa cena 20 euro. Miejsce ładnie położone (ale 3-4km od lotniska w Trapani – rozkładu lotów nie znam), choć póki co chcieliśmy jedynie z plaży skorzystać. Wracamy zatem 200m i stajemy tuż nad piękną piaszczystą niezbyt zapełnioną plażą. Całe popołudnie nasze (ni nie lądowało/startowało w międzyczasie).
 




Teraz już główną jak na te okolice drogą. Czytaliśmy, że koło promów na wyspę Mozia można zanocować. Jednak nie do końca przypadło nam do gustu na samotny postój. Szukamy dalej. Mijamy kilka miejsc oznakowanych jako AdS – pozamykane na głucho. Już się prawie ucieszyliśmy mijając grupę około 20 francuskich camperów, że jadą na tą przystań – nawet pojechaliśmy ich śladami jednak pomknęły gdzieś dalej. Gdzieś nam ktoś po drodze z domów machał – myśleliśmy nawet, żeby się uśmiechnąć o kawałek placyka, ale potem nie umieliśmy znaleźć miejsca gdzie to było.
W zasięgu wzroku mamy Marsalę. Przy drodze nie ma możliwości zaparkowania – wąska biegnąca zaraz nad wodą. Mkniemy dalej – jest miasto. Robimy rundkę nie zauważamy nic ciekawego. Jest niewielkie osiedle na wjeździe – stoją tam na stałe campery, aaaa co będziemy dalej kombinować po prostu się do nich przytulimy.