GIRO D'ITALIA - WŁOCHY dzień 33

TORRE CALLINEMO - PORTO CESAREO - GALLIPOLI - MARINA DI LEUCA -CASTRO - OTRANTO - LECCE - CASALABATE



TRASA 235 km - MAPA

Porto Cezareo leżące ledwie kilka kilometrów na południe od naszego noclegu, przywitało nas rybakami sprzedającymi świeże ryby wprost z łodzi, można się też załapać na świeże owoce.



Miasteczko jeszcze senne. Kilka camperów w porcie (40.260206,17.891049 – płatny (1,5E/60 min  1.06-30.09 16-2, w pozostałe dni 16-22 soboty i święta) jeszcze drzemało, kolejne obok wieży Torre Cesarea (trochę dalej) również. My jednak postanowiliśmy nie tracić ani chwili tylko poznać lepiej Apulię.









Południowa ziemia wyraźnie odczuwa słońce. Spieczona, czerwona ziemia i niewielkie poletka tuż przy morzu, pewnie z tego żyją tutaj mieszkańcy. Mijamy miasteczka czasami blisko morza, czasami dalej z możliwościami postoju bywa różnie. 





Szczególnie w Gallipoli, która choć polecana z pięknych plaż, dla nas jest niedostępna. Na cypel nie da się wjechać, przy każdej drodze króluje niezmiennie „no camper”. Wzdłuż wybrzeża postój jest płatny, a i  znaleźć odpowiednie miejsce na campera proste nie jest (1,5 -2km od centrum). Przed miastem jest camping, ale tez sporo do centrum.






Linia brzegowa jest tu różna, piękne piaszczyste plaże? Raczej skaliste lub z drobnymi kamyczkami. Ta część półwyspu smagana jest silnie wiatrem i wodą – brzegi raczej poszarpane i skaliste. Zatrzymaliśmy się gdzieś po drodze – wędkarze się nie nudzą my odpoczywamy.








Im bliżej Marina di Leuca tym bardziej czujemy się jak w Grecji, Białe domki z niebieskimi lub żółtymi zdobieniami – coraz bardziej nam się tu podoba.






Znalezienie informacji o Santa Maria di Leuca i tutejszym Sanktuarium to nie lada wyzwanie. Gdyby nie wizyta Benedykta XVI w 2008 roku o tym kościele końca ziemi pewnie byśmy nie usłyszeli.
Sanktuarium w Santa Maria di Leuca (Matki Bożej Końca Ziemi), gdzie według tradycji zatrzymał się Święty Piotr w drodze do Rzymu, ma burzliwą i tragiczną przeszłość. Jest położone na ziemi, będącej przez stulecia przedmiotem sporu między chrześcijanami a muzułmanami. Zostało ono pięć razy zniszczone przez Turków i Saracenów i za każdym razem było odbudowywane.
Można zaparkować wzdłuż drogi prowadzącej do Sanktuarium. (39.795974,18.36776)  Z góry rozciąga się niesamowity widok na port i miasto. Dla chętnych jest możliwość wejścia na wzgórze po schodkach z portu.








Sanktuarium otoczone jest murem, kramarzami oraz pobliską latarnią morską.











Nam przy okazji udało się także trafić na ślub i mogliśmy obserwować tutejsze zwyczaje, a nawet je usłyszeć :)





W środku kościół wygląda ciekawie. W bocznym korytarzu (po prawej stronie) też jest wiele obrazów, które warto obejrzeć. 







Trafiamy też na grupę pielgrzymów w workach pokutnych. Mężczyzna i trzy kobiety jakby podążające jego śladem. Bardzo nietypowy widok…







Jeśli bardzo mocno wytężycie  wzrok zobaczycie coś hen hen w oddali….





No i to by było na tyle…. Od tego miejsca nie obowiązuje już „my jedziem w goroj juznyj”. Od tej chwili pniemy się nieustannie na północ. Na wschodnim wybrzeżu droga biegnie w większości klifem więc widoki są niesamowite. W oddali majaczy nam nieustannie ląd? Albania?? Grecja?? W końcu znajdujemy się ledwie 100km w linii prostej of Kerkiry? Czyżby aż tu było ją widać. A może to okolice Vlory w Albanii?? 


Kilka kilometrów dalej spotykamy jeszcze raz parę, która ledwo co wzięła ślub. Tym razem natrafiamy na ich sesję zdjęciową. Czyż można sobie wybrać piękniejsze miejsce??




Wybrzeże urozmaicone jest skalistymi zatoczkami. Niestety nie w każde miejsce można dostać się camperem. Co prawda oficjalnie zakazów nie ma, ale niektóre drogi (szczególnie w wioskach) są bardzo wąskie, strome i kręte – raczej nie na duże samochody. Nawet my nauczyliśmy się, że wjeżdżając w taką, jednokierunkową z reguły ulicę, najpierw sprawdzamy czy teoretycznie jesteśmy w stanie wyjechać stamtąd. Ale jeśli już się uda plaże, zatoczki, skałki a nawet groty wynagradzają z nawiązką.(39.910164,18.391947)













Kilometry z wolna nam umykają pod kołami. Tu jest tak pięknie, że aż nie chce się jechać na północ. Odnaleźliśmy „naszą małą Grecję”. Białe domy z niebieskimi okiennicami, kolor morza, nieba… Nie na darmo się mówi, że ta część Włoch przypomina Grecję – to przecież tu lądowali osiedleńcy w dawnych czasach. Teraz, mimo że oficjalnie są Włochami, jednak kultura i sposób życia nadal jest w nich mocno zakorzeniona. Dialekt lokalny do dziś przypomina grekę. Naprawdę cieszymy się, że tu jesteśmy.
Wybrzeże kręci się zakosami – droga biegnie w miarę prosto stąd nie zawsze udaje nam się podjechać pod sam brzeg, by zakosztować morza, bo choć to już prawie końcówka września to słońce nadal mocno przypieka – aż się marzy by trochę się schłodzić :)




Łatwo nie było, ale miejsce się znalazło – tyle, że nie za bardzo dla dzieci – głęboko, a fale z impetem uderzają o skały. Ale przynajmniej przyjemny wiaterek :) ciut schładza….
 




Jeśli komuś naprawdę gorąco, może się schować w jednej z licznych grot Verde, Zinzulusa, Romanelii, del Cervi – mam nadzieję, że Wam uda się je odnaleźć.
Wiele tutejszych miejscowości przygotowuję się chyba do festynów. Co rusz mijamy wioskę, a niej krzątających się ludzi z girlandami…. Oj będzie się działo :)
 





Porośnięte trawami i krzewami wybrzeże ustępuje miejsca pustym terenom, ale wieże nas nie opuszczają. Podobnie jak na zachodnim wybrzeżu tego Półwyspu….. jest ich tutaj całe mnóstwo – w różnym stanie.




Gdzieniegdzie trafi się piaszczysta zatoczka – dla osobówek, a my jedziemy dalej i zaglądamy w najgłębsze zakamarki (Capo d”Otranto) – czytaj - bliżej przy linii brzegowej już się nie da. Dzięki temu natrafiamy na miejsca ciche, spokojne, odludne, ale jak się też okazuje niekoniecznie z dobrym asfaltem…
 






Czasem zajeżdżamy również do cywilizacji – po drodze mamy Otranto, gdzie można odpocząć na słonecznych plażach – tak mówi przewodnik :) Plaże są, ale dostępne dla osobówek lub spacerkiem.  Jest to miasto portowe dlatego też najlepiej zatrzymać się w nim w porcie (płatne oczywiście. Miasteczko sprawia wrażenie cichego, ale chyba nie dziś – ten wiatr we włosach nadal pamiętam – a może to tylko taki zbieg okoliczności?:)
 


Zamek, port dla żaglówek – tu się raczej nie wykąpiemy, zatem czmychamy dalej. Wzburzone morze – tak chyba można określić te okolice. Skały piękne, widoku cudne tylko ten wiatr….. ciekawe czy tak codziennie czy tez tylko my mamy takie szczęście…  Nad głowami pojawiają się nam łuczki – pewnie to dla nich tak wieje ;)









Riserva Statale di Cesine zaprasza http://www.riservalecesine.it/ – nie tym razem, my tylko przelotem :) Lecce na nas czeka. …




Piazza Giuseppe Libertini to duży plac (płatny), a co za tym idzie gwarny, bo targowy. Niby w  centrum, tuż pod zamkiem jednak ostrożności nigdy za wiele...

 
W Lecce znajdziemy barokowe domy i kościoły zbudowane z miejscowego piaskowca. Niegdyś różne zakony miały tu swoje wpływy stąd kościoły mają bardzo bogato zdobione ołtarze i kolumny. Brukowany Piazza Sant’Oronzo pośrodku, którego stoi kolumna rzymska – wyznaczająca kiedyś (gdy stała jeszcze w Brindisi) południowy koniec drogi prowadzącej do Rzymu Via Appia od południa zamknięty jest fragmentem amfiteatru
 










Zwiedzamy, lecz dzień powoli chyli się ku zachodowi. Tu nie zostaniemy – zbyt gwarno – dobrze, ze do wybrzeża tak niedaleko…. Niedaleko, lecz długo szukaliśmy odpowiedniego miejsca kręcąc się po praktycznie pustych wioskach (bo to wrzesień) – bywały takie, że nie widzieliśmy nigdzie zapalonych świateł w domach czy zaparkowanego samochodu…, a zjeździliśmy ich naprawdę sporo…. W końcu zaparkowaliśmy w zatoczce pod hotelem w Casalaate. A co nam też należy się czasami trochę luksusu :)
 

3 komentarze:

Hotelowe Recenzje pisze...

ślicznie tam :-)

Gosia Frape pisze...

oj tak :)

Giga pisze...

Kocham morze i piękne miejsca nad nimi, a we Włoszech szczególnie. Pozdrawiam.