Viterbo to tylko przystanek w podróży zatem udajemy się w kierunku Orvieto. Po drodze zaglądamy jednak do Bagnoregio. Idąc za wskazówkami zostawiamy samochód na parkingu przy cmentarzu. Jakieś 200m dalej jest parking dla camperów, ale przyjemność 10E. Po jakiś 500m docieramy do miasteczka w poszukiwaniu Civita. Idziemy i idziemy – słoneczko przygrzewa. Po około 20 minutach ukazuję się nam w całej okazałości – Civita di Bagnoregio – czyli miasto na skale, które uległo zniszczeniu w wyniku trzęsienia ziemi i praktycznie pozostało tak bez zmian. Wygląda ciekawie, ale dzieląca nas odległość zadecydowała o odwrocie – po zwiedzeniu Rzymu, chyba nie mamy tyle siły by drałować jeszcze tam i z powrotem później przez całe miasteczko. Wracamy zatem i bocznymi drogami udajemy się w kierunku Orvieto. Drogi są tak boczne, że podczas godzinnego postoju na śniadanie minęły nas zaledwie dwa samochody. Wokół cisza i spokój, której nam do tej pory brakowało.
Posileni i nasyceni ciszą docieramy do Orvieto, położonego na wulkanicznej skale, której zbocza porośnięte są winnicami. Wspinamy się zatem do miasteczka by ujrzeć XIV wieczną Katedrę. Wzdłuż ulic ciągną się sklepiki z ceramiką, która należy do najładniejszych w tym regionie.
Jadąc na północ chcieliśmy dotrzeć do Campiglia D’Orcia. Już już prawie wjeżdżaliśmy do miejscowości po pokonaniu stromego podjazdu, gdy okazało się że coś tam remontują i do miejscowości mogą wjechać jedynie samochody osobowe. No cóż choć sobie zdjęcia na malowniczą okolicę pocykamy. W czasie postoju na kawę naszym oczom ukazał się taki oto widok. Najpierw stał bacznie i obserwował drogę. Gdy jakieś auto przejeżdżało cofał się. W końcu odważnie przemaszerował na drugą stronę drogi.
Przed nami malują się teraz wzgórza otaczające
maleńką Pienzę, której starówka wpisana jest na listę UNESCO.
Zostawiamy samochód pod kościołem i udajemy się na taras, skąd można
podziwiać okolicę. Praktycznie nie ma tu ludzi – dopiero na głównej
drodze spotykamy polską wycieczkę. Poza nimi cisza skąpana w
popołudniowym słońcu wąskich uliczek.
Pienza jest maleńka, ale mimo tego spędzamy w niej sporo czasu bo nas po prostu urzekła. Pofalowane wzgórza Toskanii usiane o tej porze roku rzepakiem zachęcają same by jechać, jechać i wciąż przez nie jechać raz dołem raz górą by odkrywać co rusz nowe ich piękno. Czasami na wzgórzach wznoszą się miasta, które aż żal mijać bokiem.
Po południu docieramy do Sieny. Tam niestety
musimy zostawić auto dość daleko od centrum bo nawigacja z uporem
maniaka nie chcę nas zaprowadzić na opisywany gdzieś parking w okolicy
stadionu. Ale za to stoimy na oficjalnym parkingu dla camperów. No
trudno przejedziemy się. Idziemy i idziemy mijając po drodze dworzec
kolejowy by w końcu po kolejnych 20 minutach wejść za mury miasta, gdzie
wita nas Remus/Romulus – w każdym razie jest wilczyca
– według legendy Siena została założona przez syna Remusa. Spacerem
udajemy się na Campo czyli główny plac miasta, do którego prowadzą
wcześniej czy później wszystkie drogi. Nasze jednak póki co prowadzą na
razie górą w kierunku katedry.
Jest przepiękna, a jej ogrom zadziwia. Niedaleko
znajduje się Muzeo dell’Opera del Duomo (Muzeum Katedralne). W drodze
powrotnej zahaczamy o Campo – plac ma kształt muszli i podzielony jest
na 9 segmentów na pamiątkę rządów Rady Dziewięciu, która kierowała Sieną
w czasach dobrobytu, gdy powstawały najwspanialsze budowle tego miasta
(XII-XIV w.)
Powoli żegnamy się z miastem – kierunek Florencja. Żeby tam jednak dojechać niestety trzeba
zatankować. Na wjeździe do Florencji jest bardzo bardzo dużo stacji
benzynowych – cena wszędzie jednakowa, poodjeżdżamy na którąś i chyba
coś tu nie gra. Normalnie za 50 euro w tej cenie dostawaliśmy ponad 30
litrów a tu 29? Chyba ktoś kogoś…. Zatem zmieniamy stację i tankujemy
już normalnie.
Czytaliśmy, że Florencję najlepiej zobaczyć z góry z Piazzale Michelangelo. Podjeżdżamy – niestety zakaz postoju dla camperów – zatem tylko kilka zdjęć poglądowych na zachodzące nad miastem słońce i dwie po 20 parkujemy samochód już w pobliżu rzeki – do rana można stać za darmo. Ponieważ słońce chyli się już prawie całkowicie ku zachodowi szybkim tempem udajemy się w stronę centrum by choć przez chwilę jeszcze uchwycić Florencję za dnia.
A zwiedzania i chodzenia jest tu naprawdę sporo.
Idziemy południowym brzegiem mając cały czas przed sobą widok na centrum
i wyłaniającą si nad nim Katedrę z największą kopułą na świecie. Wokół
tętni wieczorne życie miasta – chyba trafiliśmy w dziesiątkę przychodząc
tu w świetle zachodzącego słońca.
Katedra robi ogromne wrażenie – ciężką ją nawet ująć całą na jednym zdjęciu.
O ile jeszcze kilka minut temu miasto dopiero się
budziło o tyle w okolicach katedry nocne życie jest w pełni.
Kawiarenki, spacerowicze. Im bliżej Ponte Vecchio tłumy oczywiście
gęstnieją, na samym moście gra jakiś zespół.
Miasto oczarowuje. Jest już ciemno, ale
podświetlone budynki tworzą niesamowity klimat. Wracamy nabrzeżnym
deptakiem wokół, którego rozsiane są kawiarenki. Koło 22 opuszczamy
miasto w poszukiwaniu noclegu.
Generalnie mamy zasadę nie stawać w dużych
miastach na noc, ale równocześnie być w miarę blisko nich, żeby szybko
rano podjechać, ale na tyle daleko by niepotrzebne nie kusić losu.
Opuszczamy zatem gwarną Florencję i jedziemy w kierunku Bolonii.
Niestety po raz enty we Włoszech, chyba jak w żadnym kraju do tej pory, a
w kilku byliśmy
nawigacją znajduje nam wspaniałą drogę. Droga pewnie wspaniała, ale w
dzień a nie w środku nocy, wyprowadza nas na obrzeża, tam jakieś remonty
i jedyna możliwa droga to ta z zakazem 3,5 t – mieścimy się no to
jedziemy. Początkowo jedziemy wzdłuż muru, który się po obu stronach
drogi. Dobrze, że nic z naprzeciwka nie jedzie. Docieramy do jakieś
miejscowości – domy stoją tak blisko drogi, że chwilami mamy wrażenie,
że jeszcze chwila i trzeba będzie lusterka składać, żeby przejechać.
Potem znów wąsko, choć droga nienajgorsza. Nagle z naprzeciwka widzimy
jadący samochód – kombinujemy gdzie by tu zjechać – na szczęście on tez
wpada na ten sam pomysł i chowa się pod jakimś drzewem. To, że wąsko ok,
że czasem coś jedzie tez ok, ale fakt że gałęzie drzew są coraz niżej
już nie jest ok. Nasze maleństwo ma 2,85m a i tak jest dla nas za nisko.
Z trudem bo z trudem docieramy w końcu do głównej drogi, którą gdyby
nie remont mieliśmy jechać. Przez góry ciągniemy w okolice Bolonii.
Przed nami jedzie camper z przyczepką – mieliśmy nadzieję, że zna lub
znajdzie miejscówkę na noc – on chyba ma taki sam plan w stosunku do nas
bo co chwila zaprasza nas, żeby go wyprzedzać. Po drodze gdzieś go
zgubiliśmy, a na nocleg zatrzymaliśmy się w niewielkim Vado na parkingu,
gdzie stało już kilka camperów.