GIRO D'ITALIA - WŁOCHY dzień 27


SCIACCA – SECCAGRANDE – REALMONTE – SCALA DEI TURCHI -  AGRIGENTO -MACALUBE - TORRE DI GAFFE




TRASA 155km - MAPA

Sciacca – niby jej jeszcze nie znamy a już nam się podoba. Świetnie prezentowała się wczoraj w blasku zachodzącego słońca – dziś chcemy ją zobaczyć za dnia. Miasto położone jest na zboczu – wiele jednokierunkowych stromych ulic trzeba - uważać na skrzyżowaniach, by się gdzieś nieopatrznie nie zabłąkać. Znaleźliśmy miejsce na postój tuż przed bramą wjazdową do miasta (od zachodu) chcieliśmy wjechać dalej, ale wystraszyliśmy się zony trafico – jak się później okazało niepotrzebnie (w weekend mogliśmy tam wjechać, choć kluczenie po centrum raczej odradzam).


Zwiedzanie zaczynamy od Chiesa del Carmine, który jest jednym z najstarszych kościołów (1089).






Po przeciwnej stronie drogi kościół św. Małgorzaty, który obecnie służy jako sala wystawowa – jakoś tak dziwnie w nim się czujemy… 

 
 





Idąc główną Via Victorio Emanuele natrafiamy na duży deptak, z którego roztacza się panorama na port i okolicę.










Głównym kościołem  w mieście jest Bazylika Matki Boskiej Pomocy (Saint Maria del Soccorso Basilica) – tuż obok muzeum.












W powrotnej drodze kręcimy się bocznymi uliczkami (znajdując kolejne małe ukryte kościoły), wychodzimy inną (też zachodnią) bramą, trafiamy dzięki temu na targ.









Rzut oka na mapę – o w promieniu kilku kilometrów zazaczono punkt widokowy i Klasztor San Calogero (37.51951, 13.11286). Jedziemy – nisko nie jest (prawie 400m), ale stromo (poza miastem) też nie. Kiedyś kiedyś był tu mały kościół, poniżej jaskinia z której korzystal święty. Z czasem stało się to miejsce pielgrzymek, mnisi założyli tu szpital i wybudowali nowy kościół na przełomie XVI/XVII wieku. Obecnie kościół należy do Zakonu Franciszkanów. Można praktycznie podjechać pod same drzwi kościoła – jest tam parking na może 20 aut. Gdy obawiamy się braku miejsc – poniżej można stanąc przy drodze. Jedno z nielicznych praktycznie pustych miejsc dzisiejszego dnia.








Gdzieś poniżej kościoła jest lecznicza jaskinia (nie udało się trafić). Zresztą przeczytaniu informacji że temperatura osiąga tam nawet 41 stopnie i wilgotność 95% i tak byśmy zrezygnowali – mimo pochmurnego dnia jest nam wystarczająco ciepło. No może zimą :). Pod szczytem jest park z ławkami do posiedzenia i widokiem na okolicę nie tylko w stronę morza – można sobie zrobić spacerek dookoła.
Wracając ze wzgórza najbezpieczniej jest cofnąć się prawie do Sciaccy – mimo wielu chęci drogami, którymi próbował nas poprowadzić gps nie daliśmy rady przejechać.












Na spotkanie z morzem umówiliśmy się w Seccagrande (37.43394, 13.23790) – wcześniej ciężko było się do niego dostać (droga biegnie zasadniczo trochę w oddaleniu od linii brzegowej). Po sezonie (w sezonie zakaz – jest tu camping) mogliśmy stanąć sobie na parkingu w towarzystwie innych camperów i spokojnie delektować się kawą. Na plażowanie wygodnie tu nie jest – sporo większych kamyków idealnie wbijających się w plecy :(





Żeby się później z wioski wydostać trzeba było swoje odstać – aż panowie przeprowadzą łódkę na drugą stronę ulicy :)





Do Realmonte i Tureckich Schodów droga prowadzi estakadami wśród wzgórz. 


Na wysokości miasta zjeżdżamy i trochę na chybił trafił kierując się za znakami trafiamy na kilka stojących na poboczu drogi samochodów (37.2935, 13.46988 koło ruin) Ludzie coś gestykują jakby pokazywali coś w dole. Patrzymy – już wiemy, tam w dole lśni coś białego – to one. Tam gdzieś w dole majaczą nam małe kolorowe punkciki – oni mogli to i my chcemy.







Podjeżdżamy (37.28917, 13.47800) i zaczynamy od studiowania cennika. Obsługa jest delikatnie mówiąc nie zadowolona, że robimy zdjęcie. Wzdłuż drogi stoją szczelnie samochody, ale udaje nam się jeszcze coś znaleźć wolnego. 


Uzbrojeni w aparaty i OBOWIĄZKOWO wodę zaczynamy schodzić ścieżką w dół. Przy bramie wejściowej widnieje informacja, że wejście na plażę jest darmowe – pewnie i tu naciągacze już byli. Idziemy i idziemy widząc z przeciwka wspinających się w ciężkiej zadyszce ludzi – czy nas to też czeka?
Na dole w morzu porozrzucane są różne kamienie, ale one mniej nas interesują (choć są ciekawe) idziemy w prawo aż do samego końca. 







Po kilku minutach już wiemy dlaczego woda jest obowiązkowo. Schody to mniej więcej 90 metrowy klif. Wiatru zero, upał niesamowity oddycha się ciężko. Na dole można coś kupić cena pół litrowa butelka wody to jedynie 5 euro. Niemniej mimo tych niewygód warto. Zza zakrętu wyłaniają się śnieżnobiałe skały (jak w Pamukkale) Dzięki swej niepowtarzalności plaża wpisana jest na listę UNESCO. Nie jest to jednak wymarzone miejsce na plażowanie. Na białych kamieniach temperatura sięga zenitu. Do morza też nie ma łatwego zasięgu, a biały kolor pozostaje na wszystkim. Niemniej widoki   niesamowite.





 









Na plażowanie można wybrać okolice bliżej zejścia na plażę, ale myślę, że to też będzie mocno uczęszczane miejsce (sama przyjemność gdy co kilka sekund przechodzi nam ktoś koło głowy). Spoglądamy w górę – przed nami set schodów – masakra. Dopiero gdzieś pod końcem podejścia zaczyna delikatnie dmuchać wiaterek – pierwsze co robie wracając do campera to zimny prysznic – uff.












Agrigento miało być kolejnym naszym celem. Zaczęliśmy się wspinać do miasta, ale ostatecznie jedynie o nie zahaczyliśmy parkując samochód w okolicy stacji kolejowej. Do wjazdu do centru zniechęciły nas uliczki (wąsko i zajęte pobocza/zakazy parkowania) a parkowanie koło dworca nie wydało się sensownym rozwiązaniem.












Na wzgórzu w okolicy Agrigento rozłożyła się Dolina Starożytnych Świątyń (Valle dei Templi – 6 euro). Można tu zwiedzić częściowo zachowane dziewięć świątyń VI-V w.p.n.e. Świątynie są w różnym stanie – od zupełnych kamieni do prawie w pełni zachowanych. W najlepszym stanie jest Tempio della Concordia. W okolicy są dwa parkingi (na obu końcach). Jest też droga wzdłuż świątyń (zakaz parkowania) z widokiem na większość z nich. Nam to wystarcza – kamienie mamy w górach :) dodatkowo się rozpadało.











Rośnie tutaj też sporo opuncji – już wiemy jak smakują – tylko trzeba uważać na takie maleńkie, prawie nie widoczne, mikroskopijne kolce. Biorąc je do ręki czasami ich nie czuć – jednak po pewnym czasie tu coś zakłuje, tam się odezwie – to po prostu sprytnie schowane, niestety już w naszej skórze, kolce. Najbardziej przypadły nam smakowo do gustu pomarańczowe (były też czerwone prawie fioletowe i żółto zielone)





Z Agrigento wyjeżdżamy, a właściwie „ślimaczymy” się na północ - chcemy zobaczyć księżyc, zobaczyć z bliska. 


Wiemy jedynie jak się nazywa miejsce i że znajuje się około 10-15 km na północ od miasta. Na wyczucie nastawiamy miejsce w nawigacji, z głównej skręcamy koło Aragony, trochę przed. Pojawiają się znaki „Macalube” tego szukamy. Znaki prowadzą za miejscowość, w pewnym momencie stajemy przed „Y” – w prawo? w lewo? Po kilkuset metrach droga w prawo stała się nieprzejezdna. Wracamy i w lewo – ta odnoga doprowadza nas do parkingu (37.373636,13.605952), z którego 5-10 minut już na nóżkach. Już droga dojazdowa to zupełne odludzie – jak okiem sięgnąć jedynie pola i wzgórza.











Ścieżka za szlabanem niby prowadzi do nikąd. Po kilkuset metrach jest miejsce biwakowe – skręcamy i po minucie, dwóch witają nas księżycowe krajobrazy. Riserva Macalube to obszar tzw wulkanów błotnych (trochę na wyrost - rosną tak mniej więcej na góra metr o góry. To raczej wulkaniki prychające, które po tzw wielkiej erupcji zaczynają od nowa rosnąć.













Podchodzimy do granicy błotek – teoretycznie dalej nie powinno się wschodzić, ale o tej porze roku błotka w większości są już przyschnięte. Jedynie w kilku miejscach czuje się miększy grunt. Jest też trochę bagienek, które sobie bulkają od czas do czasu, a czasem zaskoczą sporym (tak do metra) prychnięciem. Krajobraz księżycowy – wokół dzikie okolice – gdyby tak błotko wciągnęło mogłoby być nieciekawie.
Wulkany wyrzucają różne ciekawe kształty – coś Wam przypominają?













A potem już były miasta z deptakami, piaszczyste plaże przy samej drodze czy urwiste wybrzeże, czy nieprzejezdne drogi czyli normalnie nie ma gdzie stanąć na nocleg. Kilometr za Torre di Gaffe wypatrzyliśmy samochody w bocznej uliczce (37.122412,13.855169). Zjeżdżamy i mamy plażę prawie dla siebie. Ludzie powoli zmierzają do domów a my obserwujemy zachód słońca. Uliczka jest ślepa – znajdujemy jedynie miejsce gdzie można w miarę wypoziomować samochód. Wieczorem przeżywamy jedną z ciekawszych burz – brrr na samo wspomnienie.





3 komentarze:

Katarzyna pisze...

widze, ze to Italia od strony sakralnej :)) czekam niecierpliwie na dalsze przygody osiolka:) pozdrawiam

Gosia Frape pisze...

aktualnie tak się złożyło, ale my generalnie to od krajobrazów jesteśmy :)

Giga pisze...

Też siedziałam na białych skałach :)